niedziela, 1 maja 2016

~Rozdział 104~

- KURWA! - krzyknął Bartek wchodząc do szatni. Wbiłam im się tam też, co będę sama za bandami stać jak idiotka.
- Przytulić? - zapytałam nieśmiało.
- Uważaj żebym ci z tego smutku nie przypierdolił - warknął.
- Kuraś - upomniał go Piter.
- Nie, w porządku - dałam Nowakowskiemu znak, że się tym nie przejmuję i rozumiem Kurka.
- Przepraszam Lena, po prostu... no kurwa, po prostu - uderzył w ławkę na której siedział. - Tyle, nam brakowało, tyle - pokazał odległość między palcem wskazującym a kciukiem.
- Wiem, Bartuś, wiem. - usiadłam obok atakującego i położyłam mu głowę na ramieniu.
- Ej, a my to co? Nie przegraliśmy? - oburzył się Fabian z drugiego końca szatni.
- Ojej, no ciebie też kocham przecież, daj mi poklepać chociaż po plecach Bartka - fuknęłam.
Wtedy do szatni weszli trenerzy i sztab szkoleniowy. Nie mieli fajnych min. Stefan jebnął przemową, że Liga Światowa to był cel drugorzędny, a teraz wszystkie siły rzucają na Japonię bo są to winni kibicom.
- To jak panowie? - wyciągnął rękę, a wszyscy zebrali się dokoła i dołożyli swoje ręce.
- HEJ OPA!
No i to rozumiem, nie ma pierdolenia o przegranej tylko lecimy dalej!

- Oglądamy finał? - zapytałam Antige kiedy staliśmy w wejściu na halę obserwując rozgrzewkę Francuzów i Serbów.
- Samolot i tak mamy dopiero o 19:30 - wzruszył ramionami będąc już w swoim świecie, analizując mecz chłopaków.
Obserwowałam zawodników, Serbowie ze skupieniem wykonywali ataki, natomiast Francuzi z lekkimi uśmieszkami dawali również popisy swoich umiejętności. W pewnym momencie podłapałam kontakt wzrokowy z Marechalem. Uśmiechnęłam się szeroko i pokazałam mu zaciśnięte kciuki. Wyszczerzył się i odmachał mi. Jak nie wygrają to niech wie, że jego wszyscy kompromitujące zdjęcia przez przypadek wpłyną na stronę Skry. Przez kompletny przypadek po prostu.
- Ej - nim zdołałam jakkolwiek zareagować jakiś miły człowieczek przestrzelił mi potylice, a potem poczochrał włosy. Wzięłam głęboki wdech i ze świstem wypuściłam powietrze po czym odwróciłam się i zobaczyłam ryj Fabiana.
- Kup se klej, gamoniu - prychnęłam.
- Ale ja tylko...
- Nie dotykaj moich włosów, czy wy się nie możecie tego w końcu nauczyć?!
- Ale to nie ja tylko Wrona! - pisnął jak mała dziewczynka, a ja spojrzałam za ramię Drzyzgi gdzie w stronę trybun podążał Andrzej.
- Pożałuje - mruknęłam.
- Chciałem tylko zapytać czy będziesz tu stać przez najbliższe przynajmniej półtorej godziny?
- Nie w sumie, nie.
- No to chodź z nami usiądź - wzruszył ramionami. Podążyłam więc za rozgrywającym.
- Zostały tylko dwa miejsca obok Dzika, myślisz, że nas nie zabije wzrokiem?
- Już mu przeszło ale i tak ty obok niego siedzisz - wyszczerzył się i szybko zajął miejsce przy schodkach. Prychnęłam i przechodząc obok Resoviaka kopnęłam go przypadkowo w piszczel. No przypadkowo no!

Mecz finałowy zakończył się wynikiem 3:0 dla Francuzów, którzy to najpierw wygrali sobie niższą dywizję, przylecieli i w Rio też sobie wygrali, a co! Kto im zabroni?

Organizatorzy nie dali się nawet zbytnio Francuzom pocieszyć na boisku bo od razu ich zgonili i zaczęli zdejmować siatkę co by podium rozłożyć. Kiedy uradowani Trójkolorowi przechodzili przed nami znowu podłapałam kontakt wzrokowy z Nicolasem i zaklaskałam, żeby nie było, że go nie doceniam, a ten wariat rzucił się na mnie, przytulił o mało nie dusząc po czym jeszcze raz wydarł mi się do ucha, że wygrali.
- No co ty nie powiesz - zaśmiałam się kiedy uwolnił mnie z uścisku.
- Czy Karol ma się czuć zazdrosny? - obok nas zmaterializował się Endrju.
- No jasne, że tak, zaraz wsiadam z nimi do samolotu i tyle będziecie mnie widzieli - prychnęłam.
- A zapraszamy - wyszczerzył się - Jenie nam pocieszysz bo się z dziewczyną pokłócił - wywrócił oczami.
- Dobra, dobra, nikogo nie będę już dzisiaj pocieszać, pomijając, że słabo mi to idzie. Zmykaj do chłopaków, mistrzuniu - dźgnęłam go w bok. Tak też przyjmujący uczynił i już go przy nas nie było.
Po jakichś 10 minutach rozpoczęła się ceremonia dekoracji, wepchałam się jakoś do strefy fotografów na boisku i miałam niezłą miejscówkę. Najpierw najlepszy libero: Paweł Zatorski.
- Teraz mogę Jenię pocieszać - mruknęłam do siebie z cwanym uśmieszkiem przysuwając aparat do twarzy.
Najlepszy rozgrywający: Benjamin Toniutti, najlepszy atakujący, Aleksandar Atanasijević. Następnie para najlepszych środkowych, Maxwell Holt i nasz bełchatowski Srećko Lisinac. Kolejna była para przyjmujących, Earvin N'Gapeth, gość po prostu wymiata i tyle. I jest on, nasz kapitan, Kubiak Michaś! Takie zdjęcie ma, że by się kuźwa nawet Włodarczyk na Instagramie nie powstydził. No! Jeszcze jedno wspólne zdjęcie całego dream teamu i wprowadzono reprezentacje. Stany Zjednoczone, Serbia i Francja, tak wyglądało podium w tym roku. My tuż za podium, no szkoda, ale jak to mówił Krzysiu: szkoda to jest jak krowa do studni nasra, więc nie ma co się rozwodzić, jak Stefan powiedział jedziemy do Japonii po awans olimpijski i to jest teraz najważniejsze.
Godzinę później wbiegłam do autokaru bo już chcieli beze mnie odjechać, a ja tylko pomyliłam jedne drzwi.
- Dłużej się nie dało?! - zawył z końca autokaru Fabian.
Jak ja cię chłopie uwielbiam to nie masz pojęcia.
- Oczywiście, że się dało, ale chciałam już wrócić do mojego ulubionego rozgrywającego.
- Ooooo jak miło - uśmiechnął się słodko.
- Nie do ciebie cepie, do Grzesia - wskazałam na Łomacza, a wtedy autokar ruszył, a że się niczego nie trzymałam to prawie poleciałam na podłogę, ale rychło w czas chwyciłam się oparcia fotela.
- A-a-a! KARMA! - krzyknął zadowolony Drzyzga.
- Ja ci zaraz karmę pokażę - syknęłam ruszając w kierunku Resoviaka.
- Dobra, dobra, nie bij, nie bij! - pisnął kiedy stałam nad nim a on, jak na "najlepszego" rozgrywacza przystało leżał rozłożony na wszystkich pięciu siedzeniach skulił się zakrywając głowę dłońmi.
- Lena, bardzo proszę nam zawodnika nie uszkodzić! - krzyknął z drugiego końca pojazdu Oskar.
- Jakie tam uszkodzić, ja tylko usiąść chciałam - zrobiłam niewinną minkę, a on rozbawiony pokręcił głową i z powrotem zajął swoje miejsce pogrążając się w rozmowie z fizjoterapeutą.
Zwaliłam nogi Fabiana z siedzeń i sama zajęłam trzy fotele, opierając się o szybę autokaru, zdjęłam sandałki ze stóp i ułożyłam je sobie na siedzeniach, brakowało mi tylko poduszeczki, ale niedługo będziemy na lotnisku więc chyba jakoś przeżyję.
- Mnie się czepiała, a teraz sama się rozwala jak królowa - prychnął Drzyzga siadając tak jak ja, próbując przepchnąć moje stopy żeby nie zajmowały trzeciego siedzenia.
- Kuźwa, Fabian, ogarnij się no - warknęłam.
- To weź te nogi - skrzyżował ręce na klatce piersiowej i zrobił obrażoną minę, a na czoło opadły mu przydługie kosmyki włosów przez co wyglądał przekomicznie, aż się zaśmiałam.
- Nie - odparłam.
- Yyyggghhh! - wzniósł ręce do nieba dając upust swojej złości. Znaczy tak myślę. - Nigdy więcej tu nie siadasz. - powiedział pewnym, stanowczym głosem.
- Chyba ty - również skrzyżowałam ręce na klatce piersiowej.
- Ty.
- Ty.
- Ty.
- Ty - nikt nie zwracał na nas najmniejszej uwagi. Do czasu.
- Czy możecie wreszcie stulić mordy?! - krzyknął Paweł.
Aż nas zatkało z Fabianem. Autentycznie, rzeczywiście i prawdziwie nas zatkało.
- Dobrze - zgodziliśmy się potulnie i zamknęliśmy jadaczki.
Akurat dotarliśmy na lotnisko, a nasz kierowca to chyba pobiegnie zaraz pod pomnik Jezusa podziękować, że wreszcie zakończyła się podróż z nami.
- Ej Fabian, zaczekaj.
- Po co? - prychnął.
- No buty muszę ubrać, zaczekaj no, zostawicie mnie tutaj. - jęknęłam zapinając pasek u pierwszego sandałka.
- Najsłuszniejsza decyzja tego roku - mruknął, ale zatrzymał się i znudzony skrzyżował ręce na klatce piersiowej czekając.
- Ej - dźgnęłam go kiedy miałam już obuwie na stopach - Nie mów, że tak po prostu byście mnie to zostawili.
- Święty spokój - stwierdził obojętnie schodząc po schodkach.
- Teraz to mi smutno - jęknęłam ocierając wyimaginowaną łzę i biorąc swoje walizki.
- Czemu ci smutno? - zapytał od razu Piotrek obejmując mnie ramieniem i razem ruszyliśmy do wejścia na lotnisko.
- Bo Fabian powiedział, że zostawił by mnie tutaj i byłby spokój - pożaliłam się Nowakowskiemu.
- Cham - stwierdził wyniośle Piter.
- Teraz tylko tu mi zostałeś Piotruś. Wszyscy mają mnie dość - westchnęłam. - Gdzie Karol gdy go potrzebuję?! - usiadłam na krzesełkach w budynku, a kierownik kadry poszedł zapytać czy nasz kiedy dokładnie nasz samolot odlatuje i czy już mamy się do niego pakować czy może nie. Środkowy przysiadł obok mnie, a cała kadra rozproszyła się po pomieszczeniu.
- Kadra! Pakujemy się - oznajmił Blain. No więc zebraliśmy się wszyscy w kupe i godzinę później lecieliśmy już do Paryża gdzie była przesiadka do Warszawy.
Telefony ruszyły w ruch, co by się ktoś po tym biednych reprezentantów kraju pofatygował. To jednak powinno być tak: kadra przylatuje, każdy ma swój samochód podstawiony pod nos i cyk, wsiadasz i jedziesz, a nie tak. To podchodzi pod obrazę majestatu.
Wyjęłam więc swój zarąbisty smartfonik i wybrałam numer Karola.
- O Lenka, hej, jesteście już w Warszawie?
- No właśnie przylecieliśmy? Możesz się po mnie pofatygować? Gdzie jesteś w ogóle?
- Odwróć się.
- Co? - zmarszczyłam brew, ale odwróciłam się o 180 stopni, a tam w odległości jakichś 10 metrów stał sobie jakby nigdy nic Kłos. Uśmiechnęłam się szeroko, rozłączyłam i rzuciłam się na szyję środkowemu.
- Rany, jak tęskniłam - westchnęłam wdychając zapach jego cudownych perfum.
- Ja też - przycisnął mnie do siebie z całej siły chyba, ale nie przeszkadzało mi to. Cieszyłam się, że wreszcie wróciliśmy i znów widzę tego mojego kochanego przygłupa.
- Kooocham cię - odsunęłam się od niego lekko by zaraz czuć na swoich wargach jego usta.
- E, zakochańce, uważać bo wam walizki zakoszą - odsunęłam się od siatkarza i odwróciłam by zobaczyć Bartka stojącego i dzielnie pilnującego moich cennych rzeczy.
- Widzę, że jesteś na straży więc jestem spokojna - uśmiechnęłam się.
- Tak, ale już się zmywam więc cię informuję - wystawił mi język.
- No dziękuję - ruszyłam w kierunku walizek, a za mną ruszył Kłos.
- Cześć, stary - panowie uścisnęli sobie dłonie i poklepali po plecach. - Dobrze było.
- Jak widać nie aż tak żeby wygrać. No ale nic, spadam, trzymajcie się, widzimy się w sobotę na weselichu u państwa Nowakowskich - przyłożył palce wskazujący i środkowy do skroni niby salutując, żegnając się z nami.
- No na razie.
Środkowy wziął moje walizki i ruszyliśmy do samochodu.
- Jakim cudem ty się tutaj tak szybko znalazłeś to ja nie wiem.
- U rodziców byłem, nie chciało mi się samemu siedzieć w Bełchatowie. Kazali mi cie przywieźć na śniadanie.
- O tak, jedzenie, to to czego teraz potrzebuję.
- Czyli mama miała rację.
- Mama zawsze ma, zapamiętaj to sobie - dźgnęłam go w bok ze śmiechem. Wpakowaliśmy się do samochodu i po 20 minutach byliśmy pod domem państwa Kłos.
Weszliśmy do domu gdzie od progu uderzył nas zapach jajecznicy, kawy i mogę się założyć, że pełno innych składników, z których można zjeść pożywne śniadanko. Zaraz w korytarzu pojawiła się mama Karola.
- Lenka, jesteś - uśmiechnęła się i przytuliła mnie na powitanie. Odwzajemniłam uśmiech.
- Jestem.
- Chodź, zjesz śniadanie, na pewno jesteś głodna jak wilk - pociągnęła mnie za rękę w stronę w kuchni, ale zaraz gwałtownie się zatrzymała co poskutkowało tym, że o mały włos na nią nie wpadłam. - A może wolisz się przespać? Co? Na pewno jesteś zmęczona.
- Nie, nie, wolę zjeść, muszę się znowu przestawić na tą strefę czasową więc muszę wytrzymać ten dzień na nogach - odparłam.
- No to świetnie - znowu pociągnęła mnie za rękę do kuchni a ja zdołałam tylko spojrzeć błagalnie na Karola, który parsknął śmiechem. Ewidentnie go to bawiło, a ja dwa razy prawie zostałam pozbawiona ręki!
- Usiądź, skarbie, siadaj sobie wygodnie - posadziła mnie na krześle przy stole w pięknej kuchni. Ten dom zawsze podobał mi się tak samo, świetnie urządzony, kuchnia w kolorze słonecznikowym, kafelki do połowy ściany, jasnobrązowe meble, pięknie po prostu.
Na stole stało jak przewidywałam mnóstwo jedzenia, jajecznica, chleb, szynka, sery, serki, pomidorki, ogórki, rzodkiewki, sałata, no prostu wszystko.
- Śniadanie jak dla króla - stwierdził siatkarz siadając obok mnie.
- Śniadanie mistrzów - zaśmiała się pani Alina.
- Ale to może ja w czymś pomogę? - zaproponowałam.
- Siadaj, co ja jakaś niedołężna? Co ktoś przyjedzie to tylko by pomagali. Radzę sobie jak jesteśmy sami z tatą i to i teraz sobie poradzę. Jedzcie, dzieciaki, jedzcie. Ty Karol też masz zjeść bo przecież od 6 na lotnisku koczujesz.
- Na prawdę? - uśmiechnęłam się. - Dziękuję - dałam mu buziaka w policzek.
Skonsumowaliśmy przepyszne śniadanie po czym powędrowałam do łazienki by się trochę ogarnąć i przebrać z reprezentacyjnych ciuszków.
Kiedy wyświeżona wyszłam z pomieszczenia i wkroczyłam do pokoju Karola, jego tam nie było. Zeszłam więc po schodach na dół, ale wszędzie było pusto, wyszłam z domu, stając na schodach i dopiero na ławce pod rozłożystą czereśnią dostrzegłam środkowego z okularami słonecznymi na oczach grzejącego sobie twarz do słońca. Wsunęłam więc stopy w buty i ruszyłam przed podwórko do narzeczonego.Usiadłam sobie koło niego i przymknęłam oczy.
- Możemy tu zostać? - odetchnęłam układając sobie dłonie na karku.
- Możemy - uśmiechnął się.
- To zostańmy.
- Ale...
- Wiedziałam - westchnęłam. - Co tym razem?
- Myślałem, że chcesz wrócić do Bełka i się ze znajomymi spotkać, czy coś. Agnieszka już się czepiała, że się nie odzywasz.
- A możemy jutro? - jęknęłam.
- No możemy, możemy. - objął mnie ramieniem i pocałował w czubek głowy.
- Kurcze, jak do tego Bełchatowa wrócimy to chyba trzeba będzie ich wszystkich w jednym miejscu zebrać bo nie mam ochoty z każdym z osobna się spotykać.
- Zróbmy imprezkę - wyszczerzył się Karol.
- O nie nie, na balangę to poczekają do wesela - zaśmiałam się - Ale nie wiem, na jakieś kręgle? Co ty na to? W czwartek, na przykład, bo w piątek muszę iść jeszcze do fryzjera.
- Ja jestem za.
- No to możesz do wszystkich zadzwonić - przekręciłam się tak, że moja głowa spoczywała na udach Karola, a swoje nogi wciągnęłam na ławkę i skrzyżowałam w kostkach.
- Ej, a niby czemu ja? - oburzył się wielce.
- Ja wymyśliłam to ty dzwonisz, równy podział to się nazywa - wystawiłam mu język.
- Boże, co za człowiek - wywrócił oczami.
- Najlepszy na świecie - cmoknęłam w powietrzu i wyszczerzyłam się.
Siatkarz pokręcił głową z politowaniem i wyjął telefon z kieszeni.
- A mogę wysłać smsy?
- Możesz. - narzeczony zaczął więc stukać w telefon - Dasz mi okulary?
- Idź sobie przynieś - wystawił mi język.
- Ej, no Karolek - wydęłam dolną wargę robiąc smutną minkę. - Słoneczko mnie razi.
- No to masz problem dziecinko. - zamilkłam, ale cały czas gapiłam się na jego twarz, w końcu nie wytrzymał. - No masz - westchnął ciężko i podał mi przedmiot.
- Kocham cię. - uśmiechnęłam się zadowolona zakładając okulary
- Mhm - mruknął.
Przymknęłam sobie oczka i było po prostu wspaniale. Ja, mój najwspanialszy na świecie mężczyzna, piękny wolny dzień, słoneczko świeci, ptaszki śpiewają, żadnej chmurki na niebie. Żyć nie umierać, po prostu.
- Tylko muzyki jakiejś mi tu brakuje - rzuciłam.
- Że co? - zapytał zdziwiony środkowy, który teraz bawił się moimi włosami bo już wysłał wszystkie wiadomości.
- No muzyki, radia, czegokolwiek, bo poza tym to jest zajefajnie - otworzyłam oczy, które miałam zamknięte.
- Muzyki, mówisz - mruknął. - Czekaj - podniósł moją głowę z kolan i wstał po czym ruszył w kierunku garażu. Podniosłam się do pozycji siedzącej i czekałam co on tam wymyśli.
Po chwili rozbrzmiały pierwsze nuty "Radiotaxi" Budki Suflera, a z garażu wyszedł zadowolony Karol.
- Co? Jak? - zdezorientowana podniosłam okulary z oczu i nasunęłam je na włosy.
- Tam patrz - wskazał mi palcem pod dach gdzie było zamontowane radyjko. - Tata zamontował jak urządzał sobie imprezki - wyszczerzył się.
- Ty, to jest genialny pomysł, muszę tym swoim w Wałbrzychu też powiedzieć żeby takie cudeńko zamontowali pod dachem.
- Napijecie się kawy? - na schodach stanęła pani Alina.
- Tak - odpowiedział Kłos.
- To pójdę pomóc - wstałam z ławki i ruszyłam do drzwi, w których przed sekundą zniknęła rodzicielka siatkarza i powędrowałam za nią do kuchni.
- Tam są kubki - wskazała na szafkę obok okna. - Mam nadzieję, że dzisiaj nie będzie od razu wyjeżdżać? - zapytała.
- Tak właśnie myśleliśmy, że zostaniemy do jutra. - postawiłam na stole trzy granatowe kubki i wsypałam do nich kawy, którą podała mi kobieta. - Jeśli możemy oczywiście.
- Dziecinko, oczywiście, że możecie, bardzo się cieszę, że zostaniecie. Przydadzą wam się na pewno takie dwa luźniejsze dni. - uśmiechnęła się zalewając wrzątkiem proszek.
- Teraz, jak nigdy. Jednak te przygotowania są bardzo stresujące, a tak odpoczniemy i spędzimy chociaż trochę czasu razem.
- A my z ojcem chętnie otworzymy dzioby do kogoś innego niż do siebie - zaśmiałyśmy się razem po czym postawiła kubki oraz cukierniczkę i mleko na tacy, którą wzięłam. - Jak ci się w ogóle w tym Rio podobało? - zapytała idąc za mną.
- Mi bardzo, ale o wiele bardziej by się podobało, jakby chłopcy zdobyli ten medal - stwierdziłam.
- No tak, to taki minus - stwierdziła kiedy postawiłam tackę na stole w altance, do której już przetransportował się Kłos. - Ale samo miasto?
- Samo miasto, jest ogromne, pozwiedzać, przyjechać, na kilka dni, jest wspaniałe, ale gdybym tam miała zostać na dłużej to bym chyba nie wytrzymała, a jeszcze bardziej dobijają ciągle wysokie temperatury.
- Nie przepadasz?
- Przychodzi taki moment, że mam ich serdecznie dość.
- Nie rozumiem tego - wtrącił się Karol. - Im cieplej tym lepiej - wzruszył ramionami po czym pociągnął łyk napoju.
- No jak dla kogo, najwyraźniej - dokończyła kobieta.


Cały dzień, tak jak i następny zleciał jak za pstryknięciem palcem i już wsiadaliśmy do samochodu o godzinie 18:30, w środę.
- No to jedźcie ostrożnie dzieciaki - po kolei ucałowała nas najpierw matka Karola, a następnie ojciec.
- No i przyjedźcie niedługo - uśmiechnął się spod wąsa senior Kłos.
- Postaramy się - odpowiedział siatkarz. - Wy też, trzymajcie się, pa.
Wsiedliśmy do pojazdu i wyjechaliśmy z posesji, a po prawie 2 godzinach byliśmy w Bełchatowie pod moim blokiem. Wysiedliśmy i środkowy pomógł mi wziąć walizki. Wjechaliśmy windą na odpowiednie piętro, wygrzebałam z torebki klucze do mieszkania i weszliśmy. W środku było cicho, ale tylko przez moment bo już chwilę później drzwi wejściowe otworzyły się ponownie i stanęła w nich Agnieszka w reklamówką zakupów w ręce.
- Lena! - krzyknęła i rzuciła mi się na szyję.
- O rany, ja też tęskniłam - z szerokim uśmiechem na ustach przytuliłam przyjaciółkę. -Widzę, że nie uschłaś z tęsknoty i wyglądasz świetnie.
- Ta, zwłaszcza moja figura.
- Oj, zamknij się - przestrzeliłam jej lekko potylicę.
- Ekchem - chrząknął narzeczony.
- No ciebie też miło widzieć - uśmiechnęła się Witczak i przytuliła siatkarza.
- Dziękuję, za poświęconą mi dużą uwagę, a teraz będę się zbierać, śpijcie słodko dziewczynki - pocałował mnie na pożegnanie, a Agę cmoknął w policzek i wyszedł.
- Głodna? Kupiłam musli - uniosła do góry reklamówkę.
- Nie, napiję się tylko czegoś.
- Napiłabym się wina - westchnęła blondynka, a ja popatrzyłam na nią przerażona już ze słowami reprymendy na ustach.
- No przecież wiem, po prostu, już zapomniałam jak smakuje - chlipnęła, a ja się zaśmiałam i nalałam do szklanki soku pomarańczowego.
- Idziesz ze mną w piątek do fryzjera? - zapytałam.
Patrzyła na mnie chwilę pytająco
- A no tak, przecież w sobotę wesele - przywaliła sobie facepalma - Oczywiście, ale najpierw pomożesz mi wybrać sukienkę
- Nie masz sukienki? - wytrzeszczyłam oczy.
- Przepraszam, że nie mogę kupić sukienki pół roku wcześniej bo niestety nie będę wiedziała czy się w nią wbiję - warknęła.
- Przepraszam, przepraszam, spokojnie - uniosłam ręce do góry w geście obronnym. - Oczywiście, najpierw sukienka, potem fryzjer, znajdziemy ci coś zajebistego, zobaczysz - przytuliłam ją i dopiłam soczek, a następnie ruszyłam do łazienki gdzie zmyłam makijaż, umyłam zęby i przebrałam się w piżamkę.
- Branoc - rzuciłam jeszcze zaglądając do kuchni gdzie wciąż siedziała jeszcze Agnieszka słuchając radia i konsumując musli.
- Branoc - uniosła lekko kącik ust do góry.


- DZIEŃ DOOOBRY KOCHAAAM CIĘ, JUŻ POSMAROWAĘEM TOBĄ CHLEB, DZIEŃ DOBRY KOCHAM CIĘ NIE CHCE CIE Z OCZU STRACIĆ WIĘC JESZCZE WIĘCEJ DZIEŃ DOBRY KOCHAM CIĘ, PODZIELIMY DZIŚ TEN OGIEŃ NA DWOOOJE - otworzyłam oczy obudzona i zmarszczyłam czoło. Spojrzałam na zegarek i zobaczyłam godzinę 10:10. Westchnęłam przeciągając się, a zza drzwi nadal było słychać popisy wokalne blondynki, która włączyła swoją ulubioną płytę. Podniosłam zadek z łóżka, podeszłam do okna, odsunęłam rolety po czym otworzyłam je na oścież i wystawiłam głowę na zewnątrz. Piękny dzień nam się zapowiadał. Spojrzałam na niebo gdzie nie było ani jednej chmurki i aż się uśmiechnęłam. Później mu wzrok powędrował w dół, na chodnik przed blokiem, gdzie wielu ludzi już wyszło z domu. Tylko ja się jeszcze tak kiszę, odeszłam więc od okna, wyjęłam z szafy ciuchy i wyszłam z pokoju. Kierując się do łazienki dostrzegłam w kuchni Agę, która robiła sobie świeży sok z pomarańczy.
- Czy pani też sobie życzy? - zapytała z uśmiechem kiedy mnie zauważyła.
- Życzy - wyszczerzyłam się i weszłam do łazienki po czym wzięłam prysznic, ubrałam się, uczesałam, nałożyłam podkład i pomalowałam rzęsy. Przez cały czas nucąc oczywiście hiciory jakie zapodawała mi tu Aga. Swoją drogą ciekawe co ona taka zadowolona od rana i taka dla mnie miła. Pewnie się stęskniła biedaczka.
Weszłam do kuchni gdzie już czekała na mnie szkalneczka soczku oraz biały ser, z którym zrobiłam sobie kanapki.
- Kręgle aktualne? - zapytała blondynka przeżuwając.
- Jak najbardziej, a potem może jakieś piwko? Znaczy sok oczywiście - zreflektowałam się od razu unosząc ręce do góry.
- No to w porząsiu.

Pod kręgielnią byliśmy umówieni na 16, tak żeby każdy się wyrobił. Z Agą postanowiłyśmy się przejść więc o 15 już sobie wyszłyśmy i w ciągu pół godziny spacerkiem byłyśmy na miejscu. Nie dostrzegłyśmy żadnych znajomych mordeczek więc przysiadłyśmy sobie na ławce na przeciwko budynku w cieniu dębów, które sobie tu rosły i cierpliwie czekałyśmy na resztę ekipy. Po kilku minutach byli już wszyscy: Dawid, Łukasz z Emilką, Karolina z Wiktorem i Ksawerym, Michał z Dagą, Olim i Antkiem, Mariusz z Arkiem i Pauliną po której było już też widać, że jest w stanie błogosławionym i nasi dwaj mężczyźni też się zjawili więc mogliśmy wchodzić do środka.
Spędziliśmy tam dwie godziny, a potem postanowiliśmy pójść do lodziarni, która jest tuż przy placu zabaw więc dzieciaki mogły by się pobawić. 

Przez kolejne prawie dwie godziny byłam już obcykana ze wszystkimi nowinkami i świeżynkami zarówno z Bełchatowa, jak i Wałbrzycha. Do tego spędziliśmy wszyscy świetnie czas więc myślę, że super sprawa.
Kilkanaście minut po 19 zaczęliśmy się rozchodzić. Andrzej zabrał mi Agnieszkę więc pozostało mi do mieszkania wracać w towarzystwie Karola... Ech, no cóż.
Splotłam swoje palce z jego i szliśmy sobie tak powoli w milczeniu.
- Czyli jutro się wybierasz do fryzjera?
- Yes - skinęłam głową.
- Już się boję.
- No wiesz co! - oburzyłam się i walnęłam go w ramię, a on zaśmiał się lekko.
- Wróć do tego jak miałaś jasne końcówki, ślicznie wyglądałaś - puścił mi oczko.
- Też tak myślałam, cieszę się, że się zgadzasz - uśmiechnęłam się.


-----
Jest wreszcie po ponad miesiącu rozdział, którego początek mi się w sumie podoba, ale im dalej tym spadamy jakościowo... No cóż.
Mam nadzieję, że ktoś tu go oczekuje :) Nie będę mówić kiedy następny bo nie wiem kiedy uda mi się go stworzyć, za mogę obiecać, że jutro albo po jutrze u Zuzy pojawi się nowy (wreszcie) więc zapraszam ---> nie-ryzykujesz-nie-wygrywasz.blogspot.com i na epilog do Matteo i Ady jeśli ktoś miałby jeszcze ochotę --> specyficzna-specyficznosc.blogspot.com

Pozdrawiam i udanej majówki ;**









wtorek, 29 marca 2016

~Rozdział 103~

Leżałam sobie wieczorem w łóżku czytając książkę kiedy do pokoju weszli Michał, Bartek i Piotrek.
- Czego?
- Chcesz się pośmiać z Fabiana? - zapytał szczerząc się Kubiak.
- Z Fabianka zawsze - wyszczerzyłam się zaciekawiona ich pomysłem podniosłam się do pozycji siedzącej i odłożyłam książkę. - O co kaman?
- Mam tutaj proszek z dzikiej róży, który podobno powoduje swędzenie. Można by spróbować na Travolcie - uśmiechnął się niewinnie Nowakowski unosząc do góry woreczek z proszkiem.
- Pod warunkiem, że mu to nie zaszkodzi - popatrzyłam na nich uważnie.
- Jasne, że nie. Chodź, będzie fajnie. My go wyciągniemy, a ty będziesz miała kilka minut żeby rozsypać mu tu na łóżku, co ty na to? - zapytał Kurek.
- A chętnie, będzie miał za tą 11 - zeszłam z łóżka i ruszyłam za nimi. Do rąk własnych otrzymałam paczuszkę i ruszyłam za nimi.
- To ty stań sobie tam koło palmy, a my zawołamy go na chwilę do nas. - zarządził atakujący.
- W porząsiu - udałam się we wskazane miejsce i grzecznie sobie stałam
- Fabian - zapukał w drzwi Piotrek. No na cholerę? Do mnie nigdy nie pukają, co to za nierówne traktowanie ludzi ja się pytam?
- Fabian, no otwórz no - Nowakowski plasnął dłonią w drzwi. Żeby one tylko wytrzymały. Zamachnął się jeszcze raz i właśnie wtedy Drzyzga otworzył drzwi na przywitanie otrzymując od środkowego soczystego plaskacza w twarz. O mały włos nie wybuchnęłam śmiechem ale w pore ugryzłam się boleśnie w wargę. Jęknęłam cicho, ale mina rozgrywającego mi to wynagrodziła. Siatkarze prawie zgonowali ze śmiechu na podłodze, Dziku już płakał konkretnie, a Fabianek się na nich chyba zdenerwował ciut. Tak ciut ciut.
- Chcecie czegoś konkretnego cymbały czy mam wam tymi drzwiami w ryj przywalić?
Skąd taka złość u ciebie przyjacielu?
- Czemu się tak denerwujesz? - zapytał już w miarę ogarnięty Piter. Zawsze wiedziałam, że to on tutaj jest najnormalniejszy.
- No bo przyłazicie mi tu walicie w drzwi...
- O wypraszam sobie. Kulturanie zapukałem - prychnął przerywając mu Cichy.
- To co ty nazywasz kulturalnym ja takim nie nazywam.
- A Lenka to na przykład uważa, że jestem z was najmądrzejszy - naburmuszył się siatkarz. Prawda, uważam tak.
- Już jej się do reszty w głowie poprzewracało - stwierdził Drzyzga gestem pokazując że dostałam pierdolca.
Grabisz sobie Pawianku, oj grabisz. Nie wiem czy wiesz, ale właśnie załatwiłeś sobie dodatkową porcyjkę proszku na prześcieradle. A Pit jest z was najmądrzejszy, o!
- No co chcieliście? Bo chciałem się właśnie kłaść spać.
- Yyy... Tak. Właśnie - ocknął się Michał. Wreszcie!  - Chcieliśmy ci pokazać na dole coś takiego, że padniesz! - podekscytował się Kubiak.
- Nie wiem czy chcę widzieć - stwierdził rozgrywający.
- Chodź, nie ma czasu! I tak już mnóstwo go straciliśmy na twoje humorki - Bartek pociągnął go, a wręcz szarpnął za rękę tak, że myślałam, że mu odpadnie.
- Nie mam wcale humorków - burknął siatkarz.
- Chcesz o tym teraz dyskutować? - wywrócił oczami znudzony Kurek kiedy drzwi windy się za nimi zamykały.
Wyszłam ze swojej kryjówki i totalnie inkoguto jak to mówi Bartosz przedostałam się przez korytarz do pokoju Fabiana. Zaraz? On mieszka sam? Otóż nie... Rozwalone były dwa łóżka a z łazienki dochodził szum wody.
Na szczęście udało mi się rozróżnić, które jest jego, bo rozpoznałam telefon leżący na szafce nocnej. Szybko odrzuciłam kołdrę i rozsypałam mu tam proszek.
- A to za pierdolca - dosypałam jeszcze trochę, przykryłam kołdrę i wyszłam z pomieszczenia w tym samym momencie kiedy klucz w drzwiach do łazienki się przekręcił i wyszedł z niej Buszek. Tak jak przedtem total inkoguto przeszłam przez korytarz i stanęłam przed drzwiami do pokoju. Wtedy otworzyły się drzwi windy.
- Do reszty was pojebało - burknął Fabian, a za nim z windy wytoczyli się przyjmujący, atakujący i środkowy.
- Co się stało Fabianku? - zapytałam niewinnie.
- Ale to przez twoje humorki bo nie chciałeś nam drzwi otworzyć - skontrował Misiek.
- Ja z nimi nie wytrzymam - uniósł ręce do góry w geście rozpaczy.
- To dopiero pierwszy dzień - wtrąciłam
- Dzięki za pocieszenie - rzucił i wszedł do pokoju.
- I jak? - zapytał Bartek.
- Zgodnie z planem. - wyszczerzyłam się.
- Świetnie - ucieszył się Piotrek.
Przybiliśmy piątki i rozeszliśmy się do pokoi. Weszłam do swojego i dopiero zobaczyłam, że przez cały czas byłam w piżamie.
Pogratulowałam sobie spostrzegawczości i mogłam iść spać.

Obudził mnie budzik, wyłączyłam gnoja i westchnęłam. Przetarłam oczy, przeciągnęłam się zwaliłam stopy na zimną podłogę, odsunęłam rolety i poszłam do łazienki się ogarnąć.
Prawie pół godziny późnej zasiadałam przy stoliku z talerzem płatków na mleku i sokiem pomarańczowym. Pełnowartościowe śniadanko. Po chwili siatkarze zaczęli się schodzić. Kiedy przy stoliku siedzieli również Andrzej, Piotr, Bartosz, Michał oraz Paweł w niecierpliwości zaczęliśmy wyczekiwać Fabiana. Wtajemniczyliśmy niewtajemniczonych i oni również zaczęli się niecierpliwić. Wreszcie wkroczył. Wielce wyczekiwany. Najlepszy rozgrywający w kraju... dobrze, spokojnie, nie przesadzajmy bo jeszcze jemu się w główce poprzewraca.
Wszedł.... i nic. Normalnie kroczył. Noga lewa była przed nogą prawą, noga prawa przed nogą lewą i tak się zmieniały jak nasz Fabianek szedł. Ręce poruszały się rytmicznie w przód i w tył ruchem jednostajnym prostoliniowym, a jego wzrok był skierowany w kierunku północno-wschodnim, czyli w przybliżeniu w kierunku żarcia. I wiecie co? Nie drapał się, ani trochę, nawet nie skrobał.
Spojrzeliśmy po sobie zdziwieni, ale kiedy usiadł obok Kubiaka nikt się nie odezwał bo niby jak mielibyśmy zapytać, wydalibyśmy się.
- Jak tam poczucie Fabianku? - zapytał Dziku.
- Okej - wzruszył ramionami Drzyzga wsadzając sobie do otworu gębowego łyżkę z owsianką.
- Nie swędzi cię nic?
Ktoś chyba nie załapał.
- Czemu miało by? - zapytał zdziwiony rozgrywający patrząc na libero.
- Bo Paweł się coś nie wyspał, mówił, że miał jakieś okruszki na łóżku czy coś. A mówiłam żeby nie żarł czipsów - zaczęłam ratować swoją dupę.
- No racja, też mówiłem - pokiwał głową Resoviak.
- No. - dokończył rozmowę Piotrek.
- Stało się coś? - zapytał do chwili ciszy Fabian.
- Nie, czemu? - odpowiedzieliśmy chyba zbyt szybko, brunet przejechał wzrokiem po każdym po kolei, a my tylko się szczerzyliśmy. Czy na prawdę nie umiemy się zachować normalnie kiedy coś przeskrobiemy?
- Zachowujecie się jakbyście coś zrobili i nie chcieli mi powiedzieć - zmrużył oczy.
- Co ty Fabian, tobie byśmy nie powiedzieli? - objął go ramieniem Wrona.
- Jak uważacie - wzruszył ramionami i chyba dał za wygraną. Wypuściłam po cichu powietrze z płuc i spojrzałam na Nowakowskiego, który lekko uniósł brwi do góry w geście zdziwienia. W odpowiedzi wzruszyłam ramionami. Gdy się najedliśmy podnieśliśmy tyłki z krzeseł i wyszliśmy ze stołówki. Wszyscy poszli przodem, a do mnie dołączył Cichy.
- Ej co się stało? - zapytał ściszonym głosem.
- No nie mam pojęcia. Przecież rozsypałam mu ten proszek na łóżku.
- Na pewno na jego łóżko? - dopytywał.
- Na pewno. Przy łóżku leżał jego telefon więc to musiało być jego łóżko. Zresztą, Buszek się nie drapał więc to nie mogło być jego łóżko - wraz ze środkowym postanowiliśmy nie gnieść się z nimi w windzie i przejść się schodami w międzyczasie przedyskutować co nam tu nie pykło.
- Może to na niego nie działa po prostu - wzruszyłam ramionami.
- Albo to zobaczył i po prostu strzepnął?
- I nie zapytałby czy nie mamy z tym nic wspólnego? Nie wierze - odparłam.
- No to na nim to po prostu nie działa i już.
- Słabo - westchnęłam.
- No cóż, co ja ci mogę na to poradzić? - wzruszył ramionami i wszedł do swojego pokoju. Zrobiłam to samo i wyjęłam telefon z kieszeni, który mi się rozdzwonił. Na wyświetlaczu pojawiło się zdjęcie Karola, a na mojej twarzy uśmiech. Odebrałam
- Hej Karolku - podeszłam do okna, które otworzyłam.
- Dobry humorek mamy widzę - stwierdził wesoło.
- Jak najbardziej. Jakoś tak ja dzwonisz to nawet lepszy jest - przyznałam.
- Cieszy mnie to niezmiernie. Chciałem ci przypomnieć, że jutro o wpół do dwunastej będę po ciebie w Spale.
- Pamiętam, będę gotowa.
- Mam nadzieję bo inaczej się spóźnimy.
- Od kiedy ty taki punktualny? - zaśmiałam się.
- Jak to od kiedy? Od zawsze. Chyba masz na mnie dobry wpływ.
- Kto jak nie ja, nieprawdaż?
- No oczywiście. To co tam u was?
- A chcieliśmy zrobić Fabianowi kawał, ale nie wyszło - powiedziałam i streściłam mu o co chodziło.
- Zawsze wiedziałem, że z nim jest coś nie tak - stwierdził.
- Teraz mogę cie chyba poprzeć. - Spojrzałam na zegarek. - Muszę już kończyć, zaraz trening
- No to do jutra, pa.
- Kocham cię, pa - zakończyłam połaczenie.

Udałam się na trening, który przebiegł bez żadnych komplikacji i nieprzewidzianych wydarzeń więc zakończył się po 2 godzinach.
Resztę dnia spędziłam z siatkarzami. Tak po prostu, poza drugim treningiem i posiłkami nie ziało się u nas nic więcej.

Następnego dnia tak ja ustaliliśmy zaraz po przedpołudniowej siłowni wyszłam na parking gdzie od razu zauważyłam samochód Karola. Podeszła do pojazdu i wsiadłam do środka.
- Hej - uśmiechnęłam się i pocałowałam na przywitanie Kłosa.
- Hej, tęskno mi za tobą w tym Bełchatowie - wydał dolną wargę i ruszyliśmy.
- Połowa facetów by się cieszyła. Nikt im nad uchem nie zrzędzi, że to czy tamto. Masz święty spokój przecież - stwierdziłam zapinając pasy.
- Jeszcze do nich nie należę - zaśmiał się.
- Jeszcze? - uniosłam brew.
- Jeszcze i nigdy - puścił mi oczko.
Całą drogę do Wałbrzycha przegadaliśmy i szybko nam ta droga zleciała.
Zaparkowaliśmy przed cukiernią i weszliśmy do środka. Od razu przywitała nas niska blondynka z promiennym uśmiechem na ustach.
- Dzień dobry, zapewne przyszli państwo Kłos, Elżbieta Wysocka - wyciągnęła w moim kierunku dłoń, którą z uśmiechem uścisnęłam, a to samo po chwili uczynił Karol. - Proszę, zapraszam serdecznie - wskazała dłonią drzwi do pomieszczenia, do którego weszliśmy. Dwa duże stoły były zastawione talerzykami z ciastami.
- To może zacznijmy od tortów. Co państwo na to?
- Ja mam tylko jedno pytanie zanim zaczniemy - odezwał się środkowy.
- Tak?
- Czy jak już wybierzemy to możemy resztę zjeść? Nie ukrywam, że wygląda to przepysznie - wyszczerzył się, a my parsknęłyśmy śmiechem.
- Jak najbardziej, proszę się nie krępować - uśmiechnęła się.
Po godzinie mieliśmy wybrany tort, o który trochę się spieraliśmy, ale udało nam się wybrać, naszym zdaniem najlepszy. Po kolejnej godzinie mieliśmy wybrane również resztę ciast.
Wszystko było ustalone, wpłaciliśmy zaliczkę i wyszliśmy z budynku.
- Chyba się zaraz porzygam - stwierdziłam.
- Ale smakowało?
- Do 15 ciasta tak. Potem wszystkie były już takie same - powiedziałam, a Karol parsknął śmiechem. - Co powiesz na odwiedziny u teściowej.
Już mi ostatnio głowę suszyła. - mruknęłam.
- Czemu nie? - uśmiechnął się i ruszył. 10 minut później byliśmy pod moim rodzinnym domem. Przy akompaniamencie szczekania psów zaparkowaliśmy na podwórku.
- No proszę, proszę, któż to zawitał? - przed dom wyszła roześmiana Aśka.
- Najlepsza siostrzyczka z najlepszym przyszłym szwagrem - wyszczerzyłam się wysiadając z samochodu.
- Z tymi najlepszymi to bym nie przesadzała.
- No wiesz co? - burknęliśmy jednocześnie.
- Żartuję - zaśmiała się - Chodźcie, chodźcie - przytuliłam ją na powitanie co później uczynili jeszcze z Kłosem. Wkroczyliśmy do domu.
- Zjecie coś? - zapytała.
- Nie mów nic o jedzeniu - westchnął środkowy siadając na kanapie.
- Czemu? - zdziwiła się, a ja usiadałam obok narzeczonego, ona natomiast na fotelu na przeciwko nas.
- Wybieraliśmy ciasta na wesele i musieliśmy je wszystkie spróbować - wyjaśnił.
- Do 15 były przepyszne, a potem już chciało mi się tylko rzygać - powiedziałam, a siostra się zaśmiała.
- Faktycznie, mama coś tam mówiła. To może się czegoś napijecie. Kawa? Sok?
- Ja przygotuję, ty odpoczywaj, nie możesz się przemęczać.
- Dżizys, ja na prawdę nie jestem chora tylko w ciąży - wzniosła ręce i oczy do nieba.
- Ale ja też wiem, gdzie tu wszystko mamy więc sobie poradzę. Kochanie, czego się napijesz?
- Sok.
- A ty?
- Już nie żadne kochanie? Ani nawet siostrzyczko? - mruknęła. Wywróciłam oczami ze śmiechem. - To samo.
- Świetnie, zaraz wracam. - wyszłam udając się do kuchni. Wyjęłam szklanki z szafki i rozlałam do nich soku, który zaniosłam do salonu.
- A może siądziemy na zewnątrz? - zaproponował Karol.
- W sumie dobry pomysł - uśmiechnęła się Asia. Takim sposobem siedzieliśmy sobie w altance w spokoju rozmawiając.
- A co tu tak cicho? - zorientował się w końcu w sytuacji Kłos. Dobra przyznaje, też się nie zorientowałam.
- No właśnie - poparłam go pociągając łyk soku ze szklanki.
- Dzieciaki są u rodziców Adama i mają wrócić w piątek, Adam w pracy, a babcia z mamą poszły na spacer. No i zostałam sama - wzruszyła ramionami ze smutną minką.
- Ale my wpadliśmy na genialny pomysł i już nie jesteś - wyszczerzyłam się.
- Nie odwdzięczę się do końca życia - wywróciła oczami.
Jakieś pół godziny później usłyszeliśmy głosy babci i mamy.
- Coś ci się musiało pokręcić mamo.
- Jak pokręcić, pewna jestem.
- Nie, nie, nie. Na pewno nie. A poza tym to o czym my rozmawiamy? Obejrzymy następny odcinek i się dowiemy - stwierdziła moja rodzicielka, co spotkało się z naszym śmiechem. Kobiety odwróciły twarze w naszym kierunku gdyż nie zauważyły, że siedzimy sobie w pięknej ręcznie robionej altance.
- A wy co tu robicie? - zapytała zdziwiona matka.
- No jak to co? Rodzinę odwiedzamy, nie cieszycie się? - zaśmiałam się.
- Jasne, że się cieszymy, ale nawet nie mam was czym poczęstować, ani nic. W domu pustka.
- Mamo, wyluzuj - powiedziałam i przywitałam się z obiema paniami, które równie mocno wyściskały narzeczonego.
- Ale może jakieś ciastka chociaż znajdę - upierała się.
- Proszę sobie nie robić kłopotu - odezwał się Kłos posyłając swój firmowy uśmiech.
- Mamo, siadaj. Przyniosę wam szklanki i jeszcze soku, a wy pogadajcie z przyszłym małżeństwem - poklepała ją po ramieniu Joanna i ruszyła do domu.
- Ale córciu ty nie..!
- Mamo, sza! - odpowiedziała jej jeszcze blondynka wchodząc do domu.
- I weź tu z taką rozmawiaj. Wszystko jej wolno, kiedy nie zapytasz to się świetnie czuje, a ja się martwię.
- Mamo, przesadzasz - westchnęłam.
- Oczywiście, ja zawsze się martwię i przesadzam, ale jak wy się nie martwicie to ktoś musi za wszystkich. No ale opowiadajcie, co u was słychać? Jak kolano Karol? Podobno lepiej, ale co ja mam wierzyć jakimś gazetom, jak mam tutaj najlepsze źródło - zaśmiała się.
- Otóż to - przytaknął jej ze śmiechem Kłos. - W sumie mogę już wracać do normalnego treningu. Do Rio się jeszcze nie wybieram, a potem mam nadzieję, że będę jeszcze brany pod uwagę.
- No oczywiście - stwierdziła pewna babcia, na co parsknęliśmy śmiechem. -No co, jako prawowity ekspert wyrażam swoje zdanie.

Trochę się zasiedzieliśmy i mama nie chciała nam już pozwolić wrócić do Spały więc zostaliśmy na noc w Wałbrzychu.
-Chyba pora już wstać - usłyszałam jakiś głos z zaświatów. Spałam sobie smacznie, regenerowałam się, odpoczywałam a tu mi ktoś ze wstawaniem wyjeżdża. - Słyszysz? - odsunął rolety co od razu poczułam bo słońce zaczęło mnie razić po oczach.
- Boże, z kim ja żyje. Daj się wyspać - mruknęłam.
- Przespałabys całe życie - powiedział z politowaniem. Uchyliłam jedną powiekę i spojrzałam na niego.
- Przynajmniej bym się wyspała - wstawiłam mu język.
- Ohoho jaka mądra, wstawaj, piękna pogoda.
- Jak codziennie od początku czerwca, nic nowego.
- Wstawaj i już, moje jakiś spacer, a potem będziemy jechać.
- O nie mój drogi, w międzyczasie zjemy, a potem odmówimy jeszcze 20 razy na propozycje mamy dotyczącą jedzenia - uniosłam palec wskazujący do góry.
- Więc wstań jeśli nie chcesz tego przegapić - zaśmiał się.
- Która godzina?
- 10:09.
Westchnęłam. 
- No ale... - zaczął.
- No już! Już! Przecież wstaje! - uniosłam ręce w geście obronnym i podniosłam swoje zgrabne 4 litery z łóżka po czym chwyciłam ciuchy i ruszyłam do łazienki. Ubrałam się, ucxesałam i nałożyłam podkład po czym wyszłam z pomieszczenia i zaglądnęłam do swojego pokoju czy Kłos nadal tam jest, ale nie więc zeszłam na dół. W kuchni siedział środkowy.
- A gdzie kobietki? - zapytałam dając mu buziak w policzek .
- Poszły na 9 do kościoła - uniósł do góry karteczkę zostawioną przez, prawdopodobnie, mamę.
- My pewnie na 11 pójdziemy, nie? 
- Jeśli się wyrobisz.
- Wątpisz? 
- Nie, jestem realistą bo już dwadzieścia pięć po. 
- Ja nie dam rady? Potrzymaj mi piwo - prychnęlam i zaczełam sprawdzać co mmy w lodówce. Było wszystko więc zrobilam sobie kanapke z szynką i pomidrem. 
- Jesteśmy - usłyszelismy głos mamy.
- Hej.
- Dzień dobry.
Przywitaliśmy się również z Adamem bo wczoraj już nie było okazji
- Jak wam się spało? 
- Nieźle, upały dają o sobie znać. - odpowiedział Karol.
- W końcu lipiec - wtrąciła babcia.
- No to jedziemy - wstałam od stołu.
- Do Spały? Już? 
- Do kościoła, mamo.
- Ale wróćcie na obiad! 
- Dobrze - odpowiedziałam i wsunęłam na nogi szpilli Asi.  Dobrze mieć taką kochaną siostrzyczkę, co wiecie, zawsze pożyczy i tak dalej.
 Wsiedliśmy do samochodu i ruszyliśmy w odpowiednim kierunku.


- Przejrzałaś to menu, które ci wysłałam na pocztę? - zapytała rodzicielka kiedy konsumowaliśmy pyszny obiadek. 
Strzeliłam sobie z otwartej dłoni w czoło. 
- Kompletnie zapomniałam sprawdzić. Kiedy wysłałaś? 
- W środę? Albo czwartek.
- A o co chodzi? - zainteresował się Karol.
Ups, o tym chyb też zapomniałam.
- Twoja przyszła teściowa stwierdziła, że nam pomoże i ułoży jakiś jadłospis i jak nic innego nie wymyślimy to wezmiemy ten.
- Możemy chyba brać w ciemno. Byle było jedzenie - wyszczerzył się.
- O, odezwał się - wywróciłam oczami. 
- Dobrze mówi, to było chyba najgorsze w planowaniu tego wesela nie Aśka? - poparł siatkarza szwagier.
- Zresztą sama przyznaj, że nie chciało ci się go układać - narzeczony wycelował we mnie widelcem z nabitym na niego pomidorem.
- Dobra, okej, w porządku - uniosłam ręce do góry w geście obronnym. -  Jak zjemy to zobaczymy co tam wykombinowałaś - zwróciłam się do rodzicielki.
- Czyli bierzemy - podsumował środkowy czym wywołał smiech pozostałych.

- Mamo, ja to cię tak kocha, że ahh - powiedziałam ucieszona dajac kobiecie soczystego buziaka w policzek. Po posilku, pozmywaniu naczyć i chwili odpoczynku usiedliśmy z mamą i Karolem w salonie przy laptopie i przeczytaliśmy co nam tutaj zaproponowała. Dziwne, że nigdy nie prowadziła swojej restauracji.
- Mówiłem, że będziemy brać - zaśmiał się Karol.
- Mądraliński się znalazł - wystawiłam mu język.
- Wystarczy Karol - wyciągnął dłoń w moim kierunku udając, że się przedstawia - debil. 
- Czyli wam się podoba tak? 
- Jak najbardziej.
- I nawet wiem o jakie potrawy chodzi wię jestem jak najbardziej za - wyszczerzył się Kłos.
- No to się ciesze - uśmiechnęła się zadowolona rodzicielka. 

Zrobił nam się taki weekend u rodziny, ale trzeba było też już wracać do Spały.
- No to życz tym chłopcom powodzenia w tej Brazylii - powiedziała babcia.
- Jasne, nie bój się taki wycisk dostaną, że bez medalu nie wrócą - usmiechnęłam się.
- I przyjeżdżajcie częściej - rzuciła Joanna.
Pożegnania pozegnaniami, ale w końcu mogliśmy wyruszyć w kierunku Spały. 

Na miejscu byliśmy o godznie 19:20, pożegnałam się ze środkowym i weszłam do ośrodka. 
- Bu! - krzyknął ktoś za mną. Podskoczyłam i przycisnęlam dłon do serca. 
- Matko Boska! - odwróciłam się w stronę osobnika, którym okazał się być Piotr. - Ledwo człowiek wróci już go chcą na tamtem świat odesłać.
- Nie zaraz na tamten świat - machnął ręką lekceważąco. - Taki tam żarcik - zaśmiał się ty swoim śmiechem w stylu "ale żem żartem zarzucił hehe, frajerzy" .
- Ta - mruknęłam i zaczęłam się kierować do windy.
- Jak ci weekendzik minął? - zapytał.
- A w porządku, na przygotowaniu do wesela mozna by powiedzieć.
- Tak? Co tam załatwialiście? - wcisnął guzik z numerem naszego piętra.
- Torty ciasta i ogólnie jedzenie.
- Mam nadzieję, że będzie dużo bananów.
- Bananów? - uniosłam brew.
- Uwielbiam banany - wyszczerzył się.
- W porządku. Specjalnie for ju będzie dużo bananów - puściłam mu oczko i wyszliśmy z windy. 
- Wiedziałem, że na ciebie zawsze mogę liczyć - zwinął dłoń w pięść i poczochrał mi włosy.
Wdech. Wydech. Wdeeeech. Wyyydech.
- Jasne, nie ma sprawy. - posłałam mu promienny uśmiech. 
- Chyba za dużo zjadłas tych ciast - stwierdził.
- Niestety bardzo mozliwe.


---
Witam, pojawiam się ze 103 rozdziałem bo jak masz się uczyć niemieckiego to zawsze lepiej dokończyć rozdział, nieprawdaż? 
Prawdopodnie jeszcze tylko jeden rozdział, a potem zacznie się wreszcue wprowadzenie do tego co planuje i nam napisane w sumie już od zeszłego lata, także szykujcie się xD
Mam nadzieję, że mi wybaczycie jeśli rozdzial następny będzie krótszy bo serio chcę juz przejść do tamtej akcji :D
No to to by było chyba na tyle, niech moc będzie z Wami bo jutro do szkoły :P
7 u Ady i Matteo --> spcyficzna-specyficznosc.blogspot.con
Pozdrawiam ;**









niedziela, 28 lutego 2016

~Rozdział 102~

O 10:30 stałam wreszcie na lotnisku w towarzystwie Andrzeja, który obejmował mnie ramieniem i czekałam na Michała.
- Tak strasznie się boję - wyszeptałam, a moje oczy po raz kolejny tego dnia się zaszkliły.
- No bój się, na pewno będzie dobrze. Musimy być dobrej myśli - powiedział i pocałował mnie w czubek głowy.
- A co jak nie? - jęknęłam.u
- Myślałem, że jesteś optymistką - dźgnął mnie lekko palcem w bok. Uniosłam na niego wzrok. - Okeeej, martwimy się to się martwimy. Myślisz, że zielone meble będą mi pasowały do niebieskiej ściany w sypialni? - popatrzyłam na niego jak na kompletnego idiotę i się zastanowiłam.

- Przecież ty nie masz niebieskiej ściany w sypialni. - zmarszczyłam czoło.
- Ale planuje zrobić remont w mieszkaniu.
- Nie - stwierdziłam. - Nie będzie.
- To dobrze. Czyli nie mam jednak takiego słabego gustu jak uważa Agnieszka - zamilkł na chwilę.
- Uwielbiam cię - powiedziałam po chwili ciszy.
- Za co?
- Za to co właśnie zrobiłeś - uśmiechnęłam się, a przed nami stanęło auto Winiarskiego.
- Zawsze do usług - puścił mi oczko i wpakowaliśmy się do samochodu. Przytuliłam Winiara na powitanie.
- Tęskniłam - powiedziałam.
- Ja też mała - uśmiechnął się lekko.
- Mnie to się jak zwykle pomija - burknął z tyłu Wrona - Ale nie ważne, przyzwyczaiłem się już. Jedź, lepiej - tak też przyjmujący uczynił i 20 minut później byliśmy pod szpitalem. Wtedy uderzyło mnie to tak mocno, że faktycznie się to stało.
- Wiadomo coś w ogóle? - zapytałam.
- Zanim po was wyjechałem to był na jakichś badaniach, nic nie mówiono. - odparł. Kilka minut późnej byliśmy na odpowiednim piętrze gdzie Dagmara rozmawiała z jakimś lekarzem. Zanim do nich doszliśmy, mężczyzna już się oddalił.
- Lenka, jak dobrze cię widzieć - przytuliła mnie.
- Co z nim?
- Właśnie rozmawiałam z lekarzem. - streściła mi rozmowę, z której wynikało, że Kłos jak zwykle wyszedł bez szwanku i wskazała sale, w której był. Od razu do niej wparowałam.
- Lenka... - uśmiechnął się na mój widok. Zamurowało mnie na sekundę, ale od razu ruszyłam do jego łóżka.
- Boże, jak dobrze, że nic ci nie jest - przytuliłam się do niego mocno. - Tak cholernie za tobą tęskniłam - wyszeptałam.
- Ja za tobą też, kochanie - objął mnie mocno ramionami.
Odsunęłam się na moment.
- Jak mogłeś mi coś takiego zrobić? Myślałam, że stało ci się coś poważnego! Nawet nie wiesz jak się denerwowałam! - powiedziałam patrząc mu w oczy. - Co się tak właściwie stało, bo jeszcze się nie dowiedziałam? Tyle razy ci mówiłam żebyś nie jeździł tak szybko!
- Odezwała się ta co zawsze jeździ zgodnie z przepisami - wywrócił oczami. Pogroziłam mu palcem za tą uwagę z lekkim uśmiechem jednym kącikiem ust. - Taka stłuczka tylko - odparł lekceważąco.
- No właśnie jaka?
- Jak widać nie tragiczna w skutkach.
- Jak cię zaraz strzele to dopiero będzie tragiczne w skutkach - warknęłam.
- Oj no jechałem ciut za szybko i przypieprzyłem w gościa.
- Ciut? - uniosłam brew.
- No ciut.
- Ile?
- Czy to ważne?
- Tak, bo najwyraźniej chcesz mnie zrobić wdową zanim żoną.
- 50.
- 50 za dużo?! Czy ciebie powaliło?!

- Nie denerwuj się. Jestem cały przecież.
- Nie denerwuj się? Mogłeś nie być!
- Ej, spokojnie, Lenka - chwycił mnie za dłonie. - Nic mi nie jest. Przepraszam, że sprawiłem, że się martwiłaś. Obiecuję już nigdy tego nie zrobić,a teraz pójdę po wypis i pojedziemy do... macie jeszcze dzisiaj być w Krakowie z Andrzejem?
- Tak - kiwnęłam głową.
- No to zawiozę cię do Krakowa.
- Nie wiem czy chcę z tobą jechać.
- Będę jechał przepisowo. - uśmiechnął się lekko - To jak?
- No dobra. - pochyliłam się pocałowałam go. Tak bardzo za nim tęskniłam.

Pół godziny później czekałam na Kłosa pod szpitalem wraz z Andrzejem, Dagą i Michałem.
- Ale ty Elena to może sobie mejkap popraw bo najwyraźniej jest bardzo wczorajszy. - wyszczerzył się Winiar. Kochany braciszek. Zawsze potrafi dobić.
- Zaraz cię strzele - syknęłam. - Przecież go zmyłam.
- Uuups. - syknął - Czyli to twoja normalna twarz? - skrzywił się. Przestrzeliłam mu potylicę na co zaczął się śmiać. - Żartuję no przecież - uśmiechnął się i poczochrał mi włosy.
- No to możemy jechać - powiedział Karol stając przy nas.
- Ja to bym chętnie coś wszamał - stwierdził Andrzej.
- O tak, popieram - uśmiechnęłam się.
- No to najpierw na obiad, potem do Krakowa - wyszczerzył się Kłos. Pożegnaliśmy się z Winiarskimi i wsiedliśmy do samochodu.
Zjedliśmy obiad w jakiejś restauracji i w drogę do stolicy Małopolski ruszyliśmy o godzinie 13:30.
- Jak z twoim kolanem? - zapytałam.
- Coraz lepiej. - odparł.
- Coraz lepiej, to znaczy?
- Nie boli mnie już tak bardzo jak miesiąc temu i mogę spokojnie przerzucać ciężary z przysiadu.
- Czyli możesz już skakać? - wtrącił się Wrona.
- Nazwałbym to raczej podskakiwaniem - odparł Kłos.
- No to dobrze - skwitował środkowy.

- Tez tak uważam. Już się nie mogę doczekać aż cię wygryzę ze składu - wystawił mu język.
- Nie bądź taki hop do przodu bo ci z tyłu zabraknie - w odpowiedzi Wrona mu się wykrzywił.
- Ach, jak ja za tym tęskniłam - westchnęłam rozmarzona - A właśnie. Romeo? Aga przyjedzie do Krakowa czy nie? - odwróciłam głowę do tyłu.
- Przyjedzie z Karoliną, Wiktorem i Ksawerym.
- A jak się czuje? Kurcze, dawno z nią nie rozmawiałam - skrzywiłam się.
- Zawsze odpowiada, że świetnie. - powiedział. - Oznajmiła mi również, że masz się przygotować na obronę bo zamierzają ci nieźle łeb ususzyć za to, że się nie odzywasz.
- Już się nie mogę doczekać. - wywróciłam oczami.

Około 17 zaparkowaliśmy przed hotelem, którego adres podał nam Antiga gdy prosiliśmy o zgodę na odłączenie się od kadry.
- No to, trzymaj się stary. Na razie - przybili piątkę i uścisnęli się, a Wrona ruszył do drzwi wejściowych. Nie musieliśmy się na szczęście zajmować walizkami bo chłopaki wzięli na je do autokaru i mieli zostawić w pokojach.
- Co powiesz na spacer? - zaproponowałam.
- Powiem, że mi się podoba - uśmiechnął się, zamknął samochód pilotem w kluczykach, chwycił mnie za rękę i ruszyliśmy przed siebie.
Rozmawialiśmy sobie tak o wszystkim i o niczym. Opowiadałam mu co się działo na naszych wojażach. On opowiadał co porabiał w Polsce i tak buzie nam się nie zamykały. Spoczęliśmy wreszcie na jakiejś ławeczce na krakowskim rynku.
- Tęskniłem za tobą bardzo.
- Ja za tobą też. Bardzo, bardzo, bardzo, bardzo, baaaardzo - dałam mu buziaka w policzek i oparłam głowę na jego ramieniu.
- Możesz być ze mnie dumna. Kupiliśmy garnitur na ślub.
- Kupiliśmy?
- No ja, Michał, Mariusz i Dagmara - wyszczerzył się.
- Jeśli nie zajęło wam to więcej czasu niż mi wybór sukni to wtedy powiem, że jestem dumna.
- Dwie godzinki max.
- Okej, gratuluję - wyszczerzyłam się i dałam mu jeszcze jednego całusa.
- No i to rozumiem - uśmiechnął się.
- Musimy się teraz zająć menu i wybrać piosenkę do pierwszego tańca - podrapałam się po głowie.
- Ja proponuje "Zawsze tam gdzie ty" - powiedział jakby to była najoczywistsza rzecz na świecie wzruszając ramionami.
- Czemu nie - uśmiechnęłam się lekko. - Denerwujesz się trochę?
- Ale czym? - zapytał
- Że się nie wyrobimy, nie dopilnujemy czegoś... Obrączki!
- Spokojnie, to będzie najpiękniejszy dzień w naszym życiu. O obrączki też się nie martw. Wstąpiliśmy też do jubilera i zakosiłem gazetkę z wzorami do wyboru - puścił mi oczko.
- Są jakieś wzory do wyboru w ogóle? Jak dla mnie wystarczą klasyczne -  wzruszyłam ramionami.
- Nie chciałem sam wybierać.
- Trzeba jeszcze tyle rzeczy zrobić a nie ma totalnie się kiedy za to zabrać. Ciągle jesteśmy w rozjazdach - westchnęłam.
- Po meczach z USA będą przecież dwa dni wolnego. Wtedy się tym zajmiemy.
- To tylko dwa dni.
- Ej, gdzie ta moja optymistka? - szturchnął mnie w bok.
- Uciekła ja się dowiedziała, ze jesteś w szpitalu - mruknęłam.
- Może już wrócić, wszystko jest dobrze. - pocałował mnie w czubek głowy.
- Przepraszam cię. Jestem po prostu trochę nie wyspana.
- Może odprowadzę cię już do hotelu? Jest przed 19.
- Nie powiedziałam, że mi źle tylko, że jestem zmęczona - uśmiechnęłam się.
- Chodź, chodź,  musisz się wyspać, a ja muszę jeszcze przed północą wrócić do Warszawy żeby rodzice się nie martwili - wstał z ławki i wyciągnął do mnie dłoń, którą złapałam.
- Zaraz, twoi rodzice nie wiedzą co się stało? - popatrzyłam na niego zdziwiona. Kiedy przyjechałam do szpitala nawet nie zwróciłam uwagi na brak rodziców Kłosa.
- Dobrze, że Michał nie miał do nich numeru. Niepotrzebnie by się tylko zdenerwowali. - wzruszył ramionami.
- Ja bym na przykład chciała wiedzieć, że moje dziecko jest w szpitalu - mruknęłam.
- To tylko w trosce o nich - odparł.
- Jak uważasz - wzruszyłam ramionami.

- Odprowadzę cię do pokoju - stwierdził kiedy zatrzymaliśmy się przed wejściem do hotelu, a ja stukałam do Bartka wiadomość czy wzięli moja kartę do pokoju czy mam ją sama odebrać. Kiedy wiedziałam już że wzięli kazał mi przyjść do jego pokoju gdyż świetnie trafiłam bo to on posiadał mój klucz.
Wpakowaliśmy się do windy i pojechaliśmy na 6 piętro. Bartosz i Piotr byli zameldowani w pokoju 509 więc weszliśmy, przywitaliśmy się, pełna kulturka, pogadaliśmy chwilę, odebrałam swoją kartę do pokoju numer 500 i tam też ruszyliśmy.
- O Elena jeszteś! - usłyszeliśmy zza pleców głos Antigi - Karol jak dobzie cię wisieć. Wszystko w poziądku? Lena mówiła, że miałeś wypadek.
- Wszystko w jak najlepszym. - uśmiechnął się Kłos ściskając rękę trenera.
- A kolano? Co lekarz mówi?
- Że jest o wiele lepiej. Mogę podskakiwać.
- Wiadomo kiedy będziesz mógł wrósić na szto proczent? Nie chcę ociywiście niczego przyśpieszać.
- Szacuje na połowę lipca.
- Szwietnie - uśmiechnął się. - Elena, jutro śniadanie o godzinie 8, a trening o 9:30.
- Oczywiście.
- Wyśpij się wreście, bo bez urazy, ale nie wyglądasz najlepiej - walnął prosto z mostu. Dziękuję trenerze, na prawdę podniósł mnie tym trener na duchu. - Do zobaczenia Karol - ścisnęli sobie dłonie i Stefan ruszył do windy.
Otworzyłam pokój i na widok pięknie zaścielonego łóżka od razu ziewnęłam.
- Będę się już zbierał. - powiedział Karol.
- Nie chcę żebyś jechał w nocy. - odwróciłam się i położyłam mu dłonie na klatce piersiowej.
- Doskonale wiesz, że nie mogę zostać tutaj na noc. - przyciągnął mnie do siebie kładąc mi ręce na biodrach.
- Wiem - westchnęłam.
- Połóż się bo już ledwo na nogach stoisz - stwierdził i dal mi buziaka w czółko.
- Uważaj na siebie i jedź ostrożnie - stanęłam na palcach i pocałowałam go.
- Będę, nie bój się. Słodkich snów skarbie - pocałował mnie jeszcze raz i wyszedł.
Odwróciłam się w stronę łóżka i rzuciłam na nie chcąc tylko sprawdzić jakie jest wygodne, ale jakoś tak potem westchnęłam sobie, powieki mi opadły i nawet nie wiem kiedy zasnęłam.

W Krakowie cel, czyli zdobycie brakujących punktów do tabeli się udał i po drugim meczu bukowaliśmy już bilety do Rio.
W ciągu jednak trzech dni wolnych udało nam się z Karolem wybrać wystrój sali, kwiaty oraz kupić obrączki, nawet prezent dla przyszlych państwa Nowakowskich,a co najważniejsze spędziliśmy te trzy dni razem po tak długiej rozłące, która znowu miała się zacząć jutro i trwać prawie dwa tygodnie gdyż Karol do Rio się nie wybierał.
- Wszystko masz? - zapytał stając za mną kiedy wpakowywałam rzeczy do walizki na zaczynające się jutro kilkudniowe zgrupowanie w Spale.
- Jestem zwarta i gotowa panie Kłos - wyszczerzyłam się zasuwając walizkę - No proszę. I nawet wszystko mi się zmieściło - poklepałam bagaż.
- No proszę, jaką ma zdolną narzeczoną - uśmiechnął się odwracając mnie do siebie przodem i kładąc dłonie na biodrach.
- Zawsze ci mówiłam, ze masz szczęście, że mnie masz - założyłam mu ręce na szyję.
- Niewyobrażalne - musnął moje usta swoimi.  - Ale mój mózg stara się je ogarnąć -pocałował mnie jeszcze raz. - Tak sobie ostatnio myślałem, że jak będziecie w tej całej Brazylii, a ja będę tu sam wylewał siódme poty na siłowniach i usychał za wami z tęsknoty to może od razu zacznę ci robić miejsce w mieszkaniu - uśmiechnął się. Spojrzałam na niego pytająco średnio chwytając o co mu chodzi. - No chyba zamierzasz się do mnie wprowadzić nie? - uniósł brew.
- No tak, ale...
- Nie ważne czy w tym miesiącu, czy w październiku, ale zakładam, że potem nie będzie już na to czasu. Zgrupowanie, Japonia, potem Mistrzostwa Europy. Lepiej zrobić to wcześniej.
- No proszę nie wiedziałam, że ma aż tak zapobiegliwego narzeczonego - sprzedałam mu całusa.
- A widzisz - wyszczerzył się.
- Nie spodziewałabym się tego wszystkiego - westchnęłam z rozmarzeniem..
- Ale czego? - zapytał zabierając się już za składanie delikatnych pocałunków na mojej szyi.
- No że będę miała taką szansę pracować z kadrą, jeździć z wami wszędzie, poznać ciebie, zakochać się, być przy was kiedy zdobywaliście pewnie jeden z najważniejszych medali w karierze, potem przyjechać do Bełchatowa i półtorej roku odkąd Michał zaproponował mi pracę w kadrze, planować z tobą ślub i być najszczęśliwszą osobą na świecie. - uśmiechnęłam się patrząc mu w oczy - Kocham cię.
- Ja ciebie też kocham, Lenka. Najmocniej na świecie - powiedział po czym pocałował mnie mocno, popchnął delikatnie na łóżko by sekundę potem zwisać nade mną z figlarnymi błyskami w oczach.


- Jasna cholera! Kłos zabije cię! Zaspałam! - zerwałam się z łóżka i chwytając ciuchy pobiegłam do łazienki.
- To ja może śniadanie zrobię, czy coś - usłyszałam jego ziewnięcie kiedy zamykałam drzwi.
- No ja myślę! - weszłam pod prysznic gdzie spędziłam jakieś dwie minuty, szybko się wytarłam, ubrałam, wymyłam zęby, uczesałam się i umalowałam po czym wyszłam z łazienki skierowałam się do kuchni gdzie na stole były już kanapki i kawa.
- Kocham cię - cmoknęłam Kłosa w podziękowaniu w policzek gdy mijaliśmy się w drzwiach by on mógł iść do łazienki.
- Nie ma za co - puścił mi oczko i wszedł do łazienki.
Kiedy wychodziliśmy z mieszkania była 10:50, a w Spale mamy być o 11. Teraz pozostało mi obstawiać ile się spóźnimy. Okazało się, że byliśmy pod ośrodkiem 50 minut po czasie. Wspaniale.
Karol okazał się być tak uprzejmy, że zaproponował zanieść moje bagaże do pokoju, a ja pomknęłam w tym czasie na halę. Wparowałam do środka ze słowami przeprosin na ustach lecz nie było tam żywej duszy. Spóźniłam się aż tyle, że skończyli? Spojrzałam jeszcze raz na zegarek. Niemożliwe. Może są na siłowni? Szybko się tam przetransportowałam lecz tu także pustka. Przecież parking był cały zastawiony samochodami siatkarzy.
Wróciłam na korytarz przy recepcji i wybrałam numer Andrzeja, który oczywiście nie odbierał. Jasne! Po co?! Warknęłam pod nosem wsiadłam do windy i wybrałam numer Bartosza, który odebrał. Chwała C
i Panie! 
- No co tam? - zapytał spokojnie.
- Co tam?! Gdzie wy jesteście?! - naskoczyłam na niego.
- Jak to gdzie? W pokoju? - zapytał retorycznie, a winda w tym czasie stanęła na odpowiednim piętrze więc z niej wyszłam.
- A czemu nie na treningu?!
- Jakim treningu, co ty mówisz? - zdziwił się.
- No trening miał być chyba o 11 co nie? - weszłam do pokoju, w którym znajdowali się Bartek i Piotrek, który leżał aktualnie na łóżku z nosem w tablecie, a gdy weszłam uśmiechnął się i pomachał mi po czym wrócił do swojego zajęcia.
Rozłączyłam się.
- Nie moja droga, trening to my mamy o godzinie 14 - odpowiedział.
- To kto mi mówił, że o 11? Ja jadę na łeb na szyje, śpieszę się, a ty mi mówisz, że trening o 14?! - wyrzucam ręce do góry.
- Ale czemu się na mnie denerwujesz? - pisnął przerażony - Przecież to nie moja wina.
- Ale mogłeś naprostować skoro wiedziałeś - fuknęłam.
- Myślałem, że wiesz - usprawiedliwiał się.
Odetchnęłam uspokajając się.
- Dobrze. W takim razie powiedz mi, o której jest trening i kolacja. - powiedzialam głosem przepelnionym spokojem niczym tybetański mnich.
- 14, a kolacja o 19.
- Dziękuję. - rzuciłam i wyszłam kierując się do swojego pokoju. Co ja z nimi mam. Nie moge sobie teraz przypomniec kto mi to mówił, że trening o 11? A może ja źle zrozumiałam i o 11 to my mieliśmy do Spały przyjechać? Kurcze, jak tylko mój mózg zacznie pracować i przypomni sobie przez kogo tak sie musiałam zerwać z łóżka i stresować to mnie popamięta, cymbał jeden. 

Żeby zapełnić czas do treningu wypakowałam walizki, a potem gdy zostało mi jeszcze półtorej godziny zadzwoniłam do mamy.
Odebrała po drugim sygnale. Opierdziel, że się nie odzywam i nie informuje o przygotwaniach do ślubu oraz czy sobie ze wszystkim radzę, bo jak nie to ona może pomóc za 3...2...1...
-Elena?! Czemu tu córeczko nic nie dzwonisz, nie odzywasz się co?! Jeździsz po tym świecie nie wiadomo gdzie, częściej to ja cie teraz w telewizji na meczach za bandami widze niż na żywo! - miałam ochotę wtrącić, że transmisja przecież jest na żywo, ale zamknęłam jape - Byliście ostatnio w Wałbrzychu w sali na wesele to sie juz tutaj nie pofatygowaliście, co? Ja już nie wiem, jak Michał skończy kariere to go chyba ściągne do Wałbrzycha żeby chociaż jego mieć przy sobie. 
-Michaś chyba woli jednak Bełchatów -odważyłam się odezwać i coś wtrącić.
- Wy wszyscy wolicie Bełchatów, niepojęte to jest po prostu - oczami wyobraźni widziałam jak kręci głową, tak jak tylko matki potrafią kręcić.
- Dobrze mamo, przepraszam. Sama wiesz jak teraz jest. Prawie nie ma mnie w Bełku, a co dopiero do was jeździć. Ostatnio byliśny tam tylko na nonent żeby pokazać tej pani jak to sobie wyobrażamy i od razu wracaliśmy. Mamy przecież teraz tyle na głowie, sama wiesz. Jak wracam z kadry to skupiam się teraz najbardziej żeby nie sfiksować od tych przygotowań i spędzić czas z Karolem bo doskonale wiesz, że nie trenuje teraz razem z kadrą.
- Ale dziecinko, to przecież ja ci mogę pomóc. Tylko powiedz to ja od razu z chęcią ci ponogę. 
- Wiem mamo i bardzo to doceniam, ale nie wiem nawet o co miałabym cie poprosić...
- Czym się teraz zajmujecie - matka stanowcza, ogarniająca wszystko i przejmująca kontrolę za 3...2...1...
- Układamy menu, na sobotę jesteśmy umówieni na próbowanie tortów - odpowiedziałam.
- I jak wam idzie z tym układaniem? 
- Szczerze to jesteśmy w czarnej dupie - powiedziałam.
- No to świetnie - zmarszczyłam brew - znaczy oczywiście, nie świetnie. To sluchaj to ja mam pomysł. Ja spróbuję jakiś ułożyć i jak najszybciej wysłać ci na mejla a wy skonsultujecie między sobą, co ty na to?
- No jeśli...
- Świetnie! No to pa córeńko, trzymaj się, kocham cię.
- No ja ciebie też - ledwo wypowiedziałam te słowa, a  już usłyszłam dźwięk kończący połączenie. Odsunęłam telefon od ucha i pokręciłam głową z politowaniem. 
Zgarnęłam aparat i ruszyłam na halę. Kiedy wsiadałam do windy i miałam wciskać guzik parteru usłyszałam przeraźliwy krzyk.
- NIEEEEEEEEEEE!!! - spojrzałam w stronę, z której dochodził. To Paweł biegnął z wyciągniętą przed sobą ręką, torbą treningową na ramieniu w kierunku windy - CZEKAAAJ NA MNIE!!! - i wpadł do windy. 
- Nie musiałeś aż tak krzyczeć - stwierdziłam kiedy już stał obok mnie i mogłam wcisnąć idpowiedni guzik.
- NIEEEEEEEE!!! - znowu ten krzyk. Spojrzałam przez otwór, który pozostał pomiędzy zamykającymi się drzwiami i ujrzałam Gacka w takiej samej sytuacji w jakiej był Zatorski przed chwilą, ale teraz mogliśmy mu jedynie pomachać na pożeganie gdyż winda już się zamknęła. 
Przegadałam sobie z Zatim cała jazde windą oraz drogę na halę po czym on udał się fo szatni, a ja weszłam na parkiet, gdzie już urzędiwał sztab szkoleniowy, z którym się przywitałam. Siatkarze pojawili się po kilkunastu minutach. 
- Nigdy ci tego nie wybaczę - stwierdził śmiertelnie poważnym głosem Gayo przechodząc obok mnie. 
- Tylko nie rób nic Zatorskiemu, to jeszcze dzieciak.- poprosiłam.
- Zobaczę co da się zrobić. Najwyżej zdeptam mu okulary jak ty Małemu.
- Skąd wiesz, że to ja? - zdziwiłam się.
- Ha, nie wiedziałem, strzelałem - zaśmiał się.
- Niezły jesteś - wyszczerzyłam się. - Ale chyba tylko ty już o tym pamiętasz. No i może jeszcze Damian.
- Ważne, że cie zdemaskowałem - zaśmiał się jeszcze i poleciał się rozgrzewać. 

Trening minął bez komplikacji i po dwóch godzinach zbieraliśmy się z hali. I wtedy mnie uderzyło. Spadło ja grom z jasnego nieba, albo jak jabłko Newtonowi na łeb.
- Jedenaście...
- To ty! - krzyknęłam i wskazałam palcem na Fabiana, a wszyscy stanęli jak wryci. 
- Co ja takiego zrobiłem? - pisnął przerażony.
- To ty mi powiedziałeś, że dzisiaj trening jest o 11! 
- Nie, nie to nie mógł być Fabian gdyż on zwyczajnie nigdy nie pamuęta kiedy mamy treningu - zawyrokował Piotr.
- No i właśnie dlatego mi nagadał głupot!
- Przecież nikt nie kazał ci mnie słuchać. - mruknął wzrokiem sprawdzając po kolei stan podłogi, ścian i sufitu. 
- No to mogłeś powiedzieć, że nie jesteś pewien!
- Elenko nie krzycz i nie strzęp swego pięknego gardełka nie strzępiąc tym samym naszego słuchu. No spójrz tylko na niego - kiwnął głową w stronę Drzyzgi i objął mnie ramieniem - No przecież to takie niedorozwinięte, że to nie wie co to się z nim dzieje. Cały czas tylko z głową w chmurach o tej swojej Moniczce myśli jaby jej sie tu oświadczyć. 
Nasze reakcje to było:
- Chcesz się oświadczyć?! - wykrzyknęliśmy.
- Skąd wiesz, że chce się oświadczyć?! - wykrzyknął Fabio.
Nic pomiędzy. 
Nowakowski się oczywiścir nie liczy.
- Taka moja rada, nigdy je nie zdradzaj bo słabo się kryjesz - syknął dyskretnie Piter. 
- Dzięki - mruknął rozgrywający. 
- Nie ma za co, przyjacielu - uśmiechnął się serdecznie. 
- Ja bym proponował w lesie - stwierdził zamyślony Zatorski, a Bartosz i Rafał rozstąpili się byśmy ujrzeli naszego myśliciela ukochanego. 
- Co? Czemu? - zdzwił się Fabian. 
- Jak ci odmówi to przyjamniej jest szansa, że się zgubi ją coś pożre.
Proponuję przemilczeć.
Nie musiałam nawet tego mówić by wszyscy zgodnie postąpili tak samo. To chy już czas na kurtynę.

---
Witam, cześć, siema, ktoś mi ferie zajebał.
Pojawiam się choć miałam się nie pojawić. Nie wiem czemu tak długo cackałam się z thm rozdziałem skoro wystarczyło pół godziny i bum!
Mój humor dzisia z fajnego szybko zmienił się w ciulowy i miałam nic nie pisać, ale przeczytałam rozdział u Melki (dzięki Aga jeszcze raz!) i stwierdziłam, ze ja też coś naskrobie. No i jestem.
Tak, z Karolem wszysko dobrze więc luz :P Przepraszam, że środek rozdziału to takie flaki, ale nie był pisany dzisiaj, soooł...
Piter, nad którym już swoją drogą nie panuje, on sam wie kiedy się odezqać poprawił mi troche humor. 

UWAGA! TEN KTO MI POWIE KIEDY BYŁ ŚLUB NOWAKOWSKICH DOSTAJE NASTĘPNY ROZDZIAŁ LUB TEN W KTÓRYM BĘDZIE WESELE Z DEDYKIEM (o ile kohoś to zachęci)
Na koniec przepraszam za wszelakie błędy bo piszę na telefonie i już tego nie sprawdzam.
Zapraszam też do Ady i Matteo oraz do Zuzki i Krzyśka :)
A, i osoby niezalogowane również mogą komentować więc  zapraszam. I witam nową czytelniczkę, która nadrobiła bloga Wielki szacun
Pozdrawiam ;**.